czwartek, 21 lutego 2013

Dla takich chwil zostaje sie przewodnikiem!



        Nie wiem dlaczego, ale większości ludzi przewodnik kojarzy się ze starszą osobą, najczęściej emerytem. Jakąś staruszką bądź staruszkiem o siwych włosach, z wielkimi, rogowymi okularami. Kiedy tymczasem na miejsce spotkania przychodzi młode dziewczę (pochlebstwo dobra rzecz), turyści często patrzą po sobie niepewnie.
Któregoś dnia biegłam na miejsce spotkania. Byłam trochę spóźniona. Nie było to spóźnienie na samo spotkanie, bo staramy się być na miejscu tak przynajmniej pół godziny wcześniej. I rzeczywiście! Mimo, że byłam na miejscu 20 min przed czasem, moja grupa już czekała.
        Była to grupa niewielka, składająca się z kilkunastu osób. Jak się później dowiedziałam, duża część uczestników wycieczki, postanowiła udać się na zwiedzanie miasta na własna rękę.  Właściwie nie samego miasta, co rozlicznych piwnic lubelskich kamienic, kryjących złociste, chmielowe skarby (obowiązkowo z pianą na dwa palce).
        Podeszłam i zapytałam czy są „z tego i tego miasta”, i czy czekają na przewodnika. W odpowiedzi usłyszałam, że owszem czekają. Trochę chciało mi się śmiać, kiedy odpowiadając rozglądali się za moimi placami, wypatrując owego przewodnika, mającego się niechybnie zjawić.
- To ja! – oznajmiłam krotko i zwięźle.- Czy czekamy jeszcze na kogoś?
        Wtedy mój wzrok spoczął na pewnej pani, która w tej chwili zrobiła oburzona minę i z niedowierzaniem wykrzyknęła:
- Pani jest naszym przewodnikiem!?
- Tak- odpowiedziałam spokojnie, a w myślach dodałam: „Aha! Wyzwanie”. Dlaczego byłam spokojna? No cóż, doskonale wiedziałam jak nasza wycieczka się skończy.
         Żegnając grupę, miałam mnóstwo satysfakcji patrząc na rozanielona twarz owej "oburzonej" damy, a do dziś  pamiętam te słowa wypływające z jej ust:
- To była prawdziwa przyjemność!

Ech… Dla takich chwil zostaje się przewodnikiem!





środa, 20 lutego 2013

A może by tak...



Najzabawniejsi są najmłodsi turyści w naszym mieście. Najzabawniejsi, ale i najuważniejsi. Oni naprawdę doskonale wyczuwają, kiedy przewodnik ma określony plan opowieści na trasę, a kiedy powiedzmy uczciwie „odwala chałturę”. Mnie najbardziej fascynuje sposób postrzegania świata przez takich właśnie 2 – 3 klasistów . Akurat dostała mi się taka grupka młodych turystów i miałem poprowadzić ich szlakiem legend lubelskich. Wiadomo, zacząć trzeba od samego początku, no i zacząłem. Opowieść dotyczyła właśnie jak to przed wiekami miasto otrzymało od jakiegoś księcia nazwę. Legenda mówi, że książę postanowił nadać ją według znaku, znakiem zaś miała być ryba złowiona w istniejącym wtedy nieopodal zamczyska, Wielkim Stawie Królewskim. Dzieciaczki słuchały z otwartymi ze zdumienia buziami, bo pierwszy raz słyszały że tak kiedyś nadawano nazwy miastom i przysiółkom.
Dalej legenda donosi, że ów książę złapał w sieć dwie ryby, był tam szczupak i lin. I tak się zastanawiał, jaką nazwę nadać? Szczupak, lub lin – szczupak, lub lin... Przyznam, że uparcie dążyłem, żeby któreś z dzieci powiedziało właściwą nazwę miasta, a tu....
Jedno z bardziej rezolutnych dzieciaków zakrzyknęło:

 - „Proszę pana, to w takim razie miasto powinno nazywać się „Szczuplin!”

No właśnie, a czemu nie Szczuplin?




wtorek, 19 lutego 2013

Świat wg gimnazjalisty.



Gimnazjaliści to taka dziwna grupa uczniów, którzy jeszcze nie są dorośli, ale za to mają sporo aspiracji do dorosłości. Przy okazji nie bardzo wiedzą jak podkreślić ową „dorosłość”, więc wychodzą czasem całkiem pokraczne sytuacje. Nie wszyscy oczywiście tak się zachowują, bo skrzywdziłbym tych, którzy są zwyczajnymi chłopakami i takimi dziewczynami.
Ostatnio miałem taką grupę w Podziemiach Lubelskich. Czegóż oni nie wymyślali; jeden, że piwo to codziennie pije, drugi, że ma trzecią, czy nawet czwartą dziewczynę... Słuchałem tego z politowaniem patrząc na ich młode buzie i myśląc, czy moja córka będąc w tym wieku, aż takie głupoty mówiła? No ale nic to, wchodzimy do podziemi.
Oczywiście cały czas owa ekipa przeszkadzała przewodnikowi z podziemi w opowiadaniu o historii miasta. Padały najróżniejsze pytania, zupełnie nie mające związku z tematem wycieczki, które wzbudzały sztuczny rechot pozostałych. Jako, że był to poniedziałek, w podziemiach urzędował i opowieści snuł opisywany już na tym blogu, stary wędrowny dziad. Pierwsze spotkanie z nim nie należało do najsympatyczniejszych, bo zaczęło się od drwin w wykonaniu gimnazjalistów. Chyba myśleli, że przez cały czas będzie „za pan brat, świnia z pastuchem”. Oj, jakże się pomylili. Kiedy aktor opowiadał historię budowy murów obronnych miasta nadmienił, iż uczynił to król Kazimierz Wielki. Natychmiast niemalże męska część grupy, znów z drwinami pokazywała okolice klejnotów rodowych, mówiąc, że „miecz miał wielki”. Zauważyłem wtedy, że aktor nie wytrzymał, podszedł do najbardziej aktywnego w tych drwinach i patrząc mu prosto w oczy rzekł:

- „Uważaj wasze, bo kto mieczem wojuje, od pochwy zginąć może.”

Zapadło najpierw głuche milczenie, a potem śmiech z owego nieszczęśnika, ale od tej pory drwiny ustały i ci rubaszni młodzieńcy stali się normalnymi uczniakami, którzy okazali się nawet niezłą ekipą.
Widać, co niektórymi trzeba wstrząsnąć, żeby do rozumu przyszli.



poniedziałek, 18 lutego 2013

Turysta pyta i komentuje...

To się zdarza... a czasem wychodzi śmiesznie:

Ja + grupa późnych nastolatków + grono pedagogiczne, plac w centrum... Jedna z lekko znudzonych uczestniczek robi mi uwagi i docinki... w pewnym momencie zabiera się za komentowanie mojego wyglądu:
>> "A ta broda to prawdziwa? Mogę Panu POCIĄGNĄĆ?"

W grupie dał się słyszeć lekki szmer... już miałem odpowiedzieć... ale poczułem na sobie badawczy wzrok grona pedagogicznego - co też teraz zrobię. Spanikowałem - pozostawiłem bez komentarza. A okazja była przednia...
Po takich przygodach powstało autorskie powiedzenie moje o... ale dostępne jedynie dousznie, na żywo ; P

Muzeum Wsi w ...; ja + grupa (dzieci + opiekunowie); podczas przejścia między zabytkowymi obiektami chłopczyk dość głośno rzuca:
>> "Ale ma Pan fajne DYNDADEŁKO!"
Opiekunka jednocześnie wybiegła na przód grupy i poczerwieniała, jej oczy krzyczały to, co zwerbalizowała:
>>"Co takiego?!"
A chodziło o:

Po zwiedzeniu zamku przeszedłem z grupą mostem w stronę starego miasta, już za bramą podeszła do mnie jedna z turystek (z ościennego kraju) i zapytała:
>> "Przepraszam, co to jest ten WIZERUNEK tam na moście, pod latarnią?"
Kilka minut spędziłem na dociekaniu - o co chodzi?
Dopiero gdy pytająca wykonała charakterystyczny gest pokazujący jak to to wygląda (skrzyżowane ręce i charakterystyczny uśmiech) domyśliłem się, że chodzi o:


W trakcie... pada pytanie:
>> "A co to za krzyż na niebie?"

Rozbroiło mnie, ale na poważnie potraktowałem zagadnienie i omówiłem krzyżujące się w naszym mieście szlaki handlowe. Bez cienia uśmiechu na twarzy... ale było trudno... żeby tylko nie parsknąć...

sobota, 16 lutego 2013

Klimatyzowana zabytkowa kamienica

  Klimatyzowana zabytkowa kamienica

Wyrzuty sumienia…


Niezwykle pięknie wygląda Stare Miasto w Lublinie, gdy kamienice oplatają promienie słońca. Tak było też i tym razem. Lato, słoneczna pogoda, dzień podobny do poprzedniego i do następnego o tej porze roku – czyli spotkanie z turystami, opowieści, dyskusje, humor… czyli to co przewodnik uwielbia. Tak też miało być i tym razem… Chodzę z grupką dzieciaczków z VI klasy szkoły podstawowej – pokazuję to tu, to tam… Zatrzymujemy się przy Bramie Grodzkiej, a tam takie piękne cyferki rzymskie, a więc miło mówię:
 „ A teraz zagadka: U szczytu bramy cyferkami rzymskimi zapisano datę przebudowy, no, no jaka to data?” – mówię z uśmiechem. Cisza… Ktoś próbuje i jeszcze ktoś, i jeszcze… podpowiadam powolutku, nie spieszę się, bo wiem, że dzieciaki są już na dobrej drodze, tyle, że troszkę to trwa… może troszkę przy długo, bo nagle słyszę głosik Pani nauczycielki: „Jutro po powrocie sprawdzian! Przypomnicie sobie rzymskie cyfry!”. Hm… ale miałam wyrzuty sumienia…

Nieboszczka przeżyła 276 lat...


Grobowiec na Roztoczu Wschodnim kobiety, która przeżyła 276 lat.

Koniec języka za przewodnika





Nas, przewodników i pilotów gna po świecie. Każda okazja do zwiedzania jest dobra. Kiedy zdarza się jakiś wypad, czy to daleki, czy bliski, jest to świetna okazja do przeszukiwania jakiegoś kolejnego skrawka ziemi. A kto wie, może niedługo będziemy musieli przyjechać tu z grupą?
W poprzednie wakacje wybrałam, się z wizytą do brata. Wyniósł się do odległego miasta, trzeba było sprawdzić jak się urządził. Oczywiście wyjazd był zaplanowany na kilka dni i ułożyłam sobie napięty harmonogram zwiedzania. Ponieważ miasto było naprawdę odlegle od naszego Lublina, postanowiłam przy okazji poświęcić jeden dzień na odwiedzenie innego miasta oddalonego od miejsca, w którym czasowo przebywałam, o jakieś 80 kilometrów. Podróż zaplanowałam odbyć pociągiem.
Wieczorem sprawdziłam rozkład jazdy w internecie, a rano wyruszyłam. Co prawda, nie wiedziałam dokładnie gdzie jest dworzec, ale postanowiłam skorzystać ze starej sprawdzonej metody: koniec języka, za przewodnika. Wyszłam z bloku, doszłam do ulicy, potem skręciłam w lewo, długo prosto, potem zakręt na prawo, przez most i… Podobno to gdzieś w pobliżu... Zaczepiłam pierwszą napotkaną osobę:
-Przepraszam, gdzie tu jest dworzec PKP?
- Ja nie jestem stąd. – usłyszałam.
Niezrażona, zaczepiłam drugą osobę.
-Przepraszam, gdzie tu jest dworzec PKP?
- Ja nie potrafię mówić- odparł mi pan, najczystszą polszczyzną.
Hm…Kolejny:
-Przepraszam, gdzie tu jest dworzec PKP?
-Ja nie wiem..
Po kilku próbach natrafiłam na pana, który pokierował mnie pod wiaduktem, a dalej nie zrozumiałam, gdyż mówił miejscową gwarą. Przeszłam pod wiaduktem i tam natrafiłam na panią:
-Przepraszam, gdzie tu jest dworzec PKP?
-PKP? Hm… A musi pani przejść na druga stronę ulicy i długo prosto a potem znów na drugą stronę i tam za wieżowcem będzie stacja.
Podziękowałam i poszłam zgodnie z wytycznymi. Jednak na wszelki wypadek, zapytałam po drodze inna osobę czy dobrze idę. Trochę mnie zmartwiło to, że ulica, która mi wskazała, oddalała się od torów, a jeszcze wspominała, żeby dodatkowo mam przejść na drugą stronę…Pan potwierdził, że idę dobrze, więc uznałam, że jak by nie było, to miejscowi.
Ruszyłam więc długo prosto, potem na drugą stronę, a następnie za wieżowiec. A tam? Dworzec… PKS!!!
Lekko zniecierpliwiona ( do pociągu zostało niecałe 10 min), podeszłam do eleganckiej kobiety, która najbardziej wzbudzała zaufanie i powtórzyłam, jak mantrę, swoje pytanie:
-Przepraszam, gdzie tu jest dworzec PKP?
Pani spojrzała się na mnie oburzona i z wielką pretensją, że coś od niej chce oznajmiła mi donośnym, trzeszczącym głosem:
-NO, TO JEST CHYBA DWORZEC PKS, NIE?!
Cóż miałam zrobić? Uciekłam! Po kilku minutach (ulica stawała się coraz bardziej odludna) napotkałam kolejną osobę, którą poprosiłam o wskazanie drogi. Co prawda nie wierzyłam, że tym razem uzyskam prawidłową odpowiedź, ale tak to jest JAK SIĘ NIE WZIEŁO MAPY!!! Tym razem pan mnie poinformował, że zaraz za tą górką będą schody do podziemi i jak tam wejdę, to trafię bez problemu.



 Nie uwierzycie, ale schody tam rzeczywiście były i prowadziły na dworzec PKP ( leżący po drugiej stronie torów!!!). Szczęśliwa skierowałam się do tylnego wejścia, żeby dostać się do kas. Jednak, kiedy stanęłam przed drzwiami zobaczyłam … łańcuch. Jako optymistka stwierdziłam szybko, że z pewnością drzwi będą otwarte od strony ulicy. Co jednak tam napotkałam? Oczywiście drzwi zamknięte na cztery spusty. Nie byłam jednak w stanie uwierzyć, że tak duże miasto ma zamknięty dworzec główny. Wróciłam, więc na peron, przekonana, że na pewno jest tam jakieś wejście, którego nie zauważyłam. Nie było.
Musiałam mieć nieciekawą minę i stać tam dłuższa chwilę, gdyż ulitował się nade mną sprzedawca z przydworcowego stoiska.
-Pani chce do kas?
Nadzieja, że zdążę na pociąg wróciła.
-Tak, tak.
-Tu nie ma. – oznajmił - Trzeba kupić w pociągu.
Pewnie jesteście ciekawi, czy zdążyłam. Oświadczam, że tak. Równo o czasie byłam na miejscu. Pan był na tyle miły, że wskazał mi nawet peron, na który mam się skierować. Ale do celu nie dojechałam, bo pociąg po prostu nie przyjechał. Ponieważ nie było otwartego dworca, nie byłam w stanie dowiedzieć się ile czasu się spóźni, a przez megafony nie podano takiej informacji.
Po jakichś 20 minutach podszedł do mnie pan, staruszek o lace, z wielkim czerwonym nosem i okularami jak denka od szklanek. Zapytał gdzie chcę jechać, wiec odpowiedziałam.
-Pani, ten pociąg nie przyjedzie, bo była awaria -poinformował mnie z wyższością, a po chwili dodał –Trzeba się PYTAĆ następnym razem!
Nie było innej rady jak przełożyć podróż na następny dzień. Przynajmniej wiedziałam już jak dojść na dworzec. Na oba dworce…


Cicho tu teraz....



Od kilku lat mam przyjemność uczestniczyć w przedsięwzięciu, znanym w mieście jako procesja pożaru miasta, rzecz z 1719 roku. Cała procesja, jak to wtedy było, zaczyna wędrowanie od kościoła Ojców Dominikanów. Posuwając się po starym mieście to tu, to tam procesja zatrzymuje się i prowadzący opowiada jak to „drzewiej” było językiem stylizowanym troszkę na tzw. „język sienkiewiczowski”. Pewnego roku uczestników owej procesji było naprawdę dużo, w dodatku przy podejściu na długie schody Zaułkiem Hartwigów zepsuło się przenośne nagłośnienie, więc prowadzący wytężając wszystkie swoje siły, próbował przekazać przygotowany tekst zgromadzonym. Przedostatnim przystankiem procesji była „Psia górka” tuż koło dawnego targu rybnego. Prowadzący wszedł na niewysoki murek zaraz za nim wskoczyła tam pani redaktor naszego regionalnego radia, podstawiając mikrofon do nagrania treści.
Prowadzący widząc że gwar nadchodzących uczestników powoli ustaje, i tylko „miejscowi” co nieco „pod dobrą datą” głośno omawiali dawne dzieje, zaczął poetycko swą opowieść:

- „Cicho tu teraz...” - na chwilę zawiesił głos, by dalej kontynuować opowieść.
Wtedy to jeden z rzeczonych „miejscowych” przekrzykując gwar tłumu odezwał się:
- „Przepraszam szefuniu, już się zamykamy!”

Gawiedź uczestnicząca w procesji buchnęła śmiechem, bowiem oczekiwali dalszego ciągu opowieści, mającej podkreślić, że kiedyś w czasie tego pożaru głośne krzyki wzbijały się w mieści i wołania o pomoc i ratunek, a teraz jest tutaj cicho i spokojnie.
Prowadzącemu z wesołości oczy wyszły niemalże na wierzch, ale dzielnie kontynuował opowieść do trzęsącego się mikrofonu radiowego, trzymanego przez śmiejącą się do rozpuku panią redaktor.
Kiedy „miejscowi” zorientowali się w sytuacji, zarechotali wraz ze wszystkimi ochoczo. Od tamtej pory to oni właśnie, są stałymi uczestnikami tych procesji i powiedzieć muszę, nieźle znają historię miasta.




piątek, 15 lutego 2013

Dzicy przewodnicy – kontynuacja...



Siedziałem sobie wygodnie w znanej Sandomierskiej pierogarni, czekając na swoją porcję pysznotek. Tak chcąc nie chcąc wdałem się w dyskusję z szefową tego zakładu gastronomicznego i jej znajomymi, nota bene rodowitymi sandomierzanami. Trzeba przyznać opowiadać o swoim mieście to oni umieli. Pierwszy raz słyszałem, tak świetnie opowiedzianą legendę o Halinie Krępiance, która poświęcając swoje młode życie wprowadziła cały zagon Tatarów w podziemia gdzie zginęli, bo mieszczanie wejście do lochów natychmiast zawalili.
Kiedy zobaczyli na moim polarze identyfikator pilota wycieczek, rozmowa zeszła na pomyłki „dzikich przewodników”, czyli takich, którzy nie mają żadnych, dosłownie żadnych uprawnień do tego typu czynności.
- „Wiesz pan? Niedaleko jest taka uliczka Piszczele”. – zaczął jeden z nich.
- „ Tak wiem, prawie naprzeciwko kościoła świętego Jakuba” -  potwierdziłem.
- „ No to widzisz pan, nie dalej jak w zeszłym tygodniu byłem tam i widzę prowadzi taki jeden grupę i opowiada niestworzone historie o mieście. Kiedy jeden z uczestników zapytał, dlaczego ta uliczka nazywa się „Piszczele” to ten, nie powiem kto, był łaskaw powiedzieć, że to od tych Tatarów, co ich Krępianka wprowadziła w lochy, żeby zatracić. Bo oni tak pod tą ziemią piszczeli i piszczeli...”
- „No nie – nabija się pan ze mnie.” – rzekłem niedowierzająco.
- „ Pan wie, ja wiem, że tam było cmentarzysko i piszczele ludzkie jakieś znaleźli, a widzisz pan co takie nieuki gadają?”

Właśnie nadeszły moje pysznotki, czyli pierożki i zająłem się jedzeniem, ale nie mogłem zapomnieć tej historii, bo my, czyli licencjonowani piloci i przewodnicy mamy zakodowane w głowach dwie rzeczy – nie opowiadać głupot, to po pierwsze i po drugie uczyć się, uczyć się o miejscach do których jedziemy.
Tutaj powinienem zaintonować swoistą litanię przewodnicką:
- „ Od powietrza, głodu, ognia i dzikich przewodników – zachowaj nas Panie!”