poniedziałek, 3 czerwca 2013

Czwartkowe wzgórze.


Właśnie dzisiaj „diabłowałem” w Lubelskiej Trasie podziemnej, kiedy przyszli pierwsi turyści. Była to klasa druga szkoły podstawowej. Pani przewodnik pięknie opowiadała o Lublinie od zarania dziejów pokazując pierwszą makietę. Ja ukryty – póki co – za ścianą słuchałem tej opowieści, kiedy przewodniczka pokazała ważne wzgórze, a przedstawiając go powiedziała, że to Czwartkowe Wzgórze. Dzieciaczki jakby na chwilkę zaniemówiły, więc padło pytanie:
- Czy ktoś wie dlaczego to wzgórze się tak nazywa? Może któreś z Was wie co się odbywało w czwartek?
Po chwili wahania jedno z dzieci dość rezolutnie odpowiedziało:
- Ja wiem w czwartek odbywało się Boże Ciało.
No właśnie w tym tygodniu obchodziliśmy właśnie tę uroczystość.

Tutaj przypomniała mi się anegdota opowiedziana przez jednego z zakonników:
Do drzwi starszego pana dobijał się ktoś intensywnie.
- Kto tam? - zapytał starszy pan
- Sataniści! – brzmiała natarczywa odpowiedź.
- Nie wierzę! -  oponował starszy pan zza drzwi
- Jak Boga kocham jesteśmy sataniści! – padło potwierdzenie.

Kiedy to wszystko przeleciało przez moją głowę to ledwie powstrzymałem się od głośnego śmiechu, bo za chwilę miałem siać grozę jako podziemny diabeł Czarciwąs.



niedziela, 2 czerwca 2013

Jak tak można?


W ostatnim tygodniu, dokładnie w piątek o godzinie 2000 zadzwonił telefon. W słuchawce zrozpaczony głos właścicielki jednego z biur podróży z centrum Polski prosił o pomoc. Okazało się, że jedna z lubelskich przewodniczek (z licencją przewodnicką) w ostatniej chwili zrezygnowała z usługi dla tego biura i przyczyny nie podała, przynajmniej tak to relacjonowała owa pani w słuchawce. Grupa w drodze do Lublina, a przewodnika zamówionego wcześniej nie ma i nie będzie. Troszkę mną telepnęło, bo jak można wykazać się taka niefrasobliwością, kiedy jednak dowiedziałem się, że to nie pierwszy taki numer w wykonaniu tej przewodniczki to już nie była niefrasobliwość, ale zwykła nieodpowiedzialność. Oczywiście przekładając zajęcia i zmieniając plany przyjąłem ową usługę i wykonałem ja jak najlepiej potrafiłem. Powstała jednak we mnie kolejna wątpliwość.
Uwolniono zawód przewodnika i co dalej? Ano coraz częściej będą się spotykać kontrahenci z takimi przypadkami, skoro licencjonowana przewodniczka nie ma za grosz uczciwości to co mogą zrobić tacy „dzicy” przewodnicy?  Oj, niedobrze panowie politycy – niedobrze, ale z drugiej strony zapraszamy do Lublina i... tak, tak weźcie sobie takiego przewodnika bez licencji i wtedy dowiecie się co tak naprawdę zrobiliście „dobrego”. My lubelscy przewodnicy wiemy jedno: skoro kochamy nasze miasto, to będziemy dla niego pracować jak najlepiej, a ci wszyscy, którzy traktują zawód przewodnika jako zło konieczne szybko się wykruszą – z braku chętnych na ich usługi.
Mam nadzieję, że opisany tutaj przypadek więcej się nie powtórzy, czego życzymy Państwu my – lubelscy przewodnicy.



czwartek, 30 maja 2013

Jaki to grzyb?

Właśnie wróciłem z Białowieży. Wspaniała grupa IV klasistów zainteresowana tym co się wokół nich dzieje. Jechaliśmy do tej prastarej puszczy, ale żeby czas się nie dłużył opowiadałem o lasach, o zwierzątkach w nich żyjących.Nagle rozmowa zeszła na tematy grzybowe. Wszystkie dzieciaki wymieniały nazwy grzybów które rosną w określonym typie lasu. Były więc i prawdziwki i koźlaki i maślaki... Wtedy coś mnie podkusiło i zapytałem, jakiż to grzyb rośnie na terenie podmokłym? Zapadła cisza w autokarze, bo nikt nie spodziewał się takiego utrudnienia w zagadce. Po chwili jednak jakieś rezolutne dziecko zgłosiło się, że wie jakie to grzyby. Ucieszony oddałem mikrofon siedzącej za mną dziewczynce i ona pewnym głosem orzekła, że grzyby rosnące na terenach podmokłych to są podmokrzaki!
Nawet słownik takiej nazwy nie przewidział. Mnie zamurowało i stwierdziłem, że oto powstała nowa nazwa grzyba, bo język polski jest żywym językiem i często tworzy coraz to nowe słowa.

Ech.... niesamowite są te dzieciaki. Dlatego może lubię swoją pracę.



sobota, 25 maja 2013

Przewodnicy zamieszania potrafią zamieszać



Często zdarza się, że w środku sezonu wycieczkowego, w jednym obiekcie przebywa jednocześnie kilak grup. Najczęściej w takich momentach, jakiś mniej uważny turysta, łatwo może się zgubić, albo pomylić grupę bądź przewodnika. Wtedy trzeba szczególnie uważać i dawać wyraźne znaki, aby nie zgubić żadnej owieczki, ze stada.

Tak się zdarzyło pewnego dnia, że na dziedzińcu Zamku Lubelskim przebywały trzy grupy i to wszystkie oprowadzane przez któregoś z nas, przewodników zamieszania. Z koleżanką prowadziłyśmy jedną wycieczkę, podzieloną na dwie części. Jedną prowadziła koleżanka okrzyknięta przez turystów panią czerwoną, druga ja nazwana panią niebieską. Obie nazwy przypadły nam, z racji koloru naszych kurtek. Ponieważ wszystkie trzy grupy zaczynały zwiedzanie niemal tej samej trasy, o tej samej godzinie i z tego samego miejsca, przez większość czasu zwiedzania, cała nasza trójka musiała wyłapywać zagubione osoby wołające: a gdzie pani czerwona, a kto widział panią niebieską, a pan w kapeluszu to gdzie poszedł?

Po wyjściu z zamku powstało prawdziwe zamieszanie, ponieważ wszystkie trzy grupy, każda z nich licząca około 50 osób , musiały zmieścić się na wąskim moście prowadzącym na Stare Miasto. Pierwszy szedł kolega, za nim ja, na końcu koleżanka „czerwona”. Na końcu schodów, zatrzymał się kolega , natomiast widząc, że nadciągam ustąpił mi miejsca, sprowadzając grupę w bok na schody. Ruszyłam więc  raźno do przodu. Po dobrych pięćdziesięciu metrach usłyszałam wołanie czerwonej koleżanki, że moja grupa rozpłynęła się w powietrzu . Wszyscy z  wyjątkiem 5 osób, podążyli raźnie za kolegą kapelusznikiem!

Na koniec spotkałam się z kolegą jeszcze raz, tym razem mijaliśmy się w innej ciasnej uliczce. Zaczepnie krzyknęłam do kolegi, żeby tym razem nie próbował, uprowadzić moich  turystów. Odpowiedział, że to świetny pomysł, żeby się wymienić grupami i ruszył w moją stronę. I pewnie byśmy się wymienili…  gdyby nie panie z jego wycieczki, które zagrodziły drogę, wołając, że nigdzie go nie puszczą. To się nazywa charyzma…


środa, 22 maja 2013

Dzieciaki vs. Nauczyciele - 1:0

Długo zbierałam się do napisania tego tekstu. Najpierw chciałam tą historię opisać szybko i wyłożyć, co mi na sercu leży, ale po namyślę stwierdziłam, że poczekam aż emocje opadną. I chyba już trochę opadły.
Niedawno oprowadzałam grupę dzieciaków z wymiany międzynarodowej. Szlak wielokulturowość Lublina. Szlak specyficzny, ale ze względu na grupę, jak najbardziej trafiony. Fakt, że każdy przewodnik chce opowiedzieć jak najwięcej, i często może rozgaduje się za długo, ale sami powiedźcie, jak opowiedzieć, choćby o Unii Lubelskiej, nie wspomniawszy, choć trochę, dlaczego to takie ważne wydarzenie. Niechby mnie szlag szybciej trafił, gdybym miała „odwalać chałturę” w stylu wspomnianej w innym poście, filmowej przewodniczki z Malborka. Z resztą, przecież widzę czy grupa się nudzi, czy nie. Jeśli wszyscy słuchają, a nie „rozłażą” się na boki, zadają pytania, to wiem, że jest ok. I tak było w tym wypadku. Starałam, się wszystko tłumaczyć i objaśniać, aczkolwiek w jak najzwięźlejszy sposób. Ciekawostki, najważniejsze zagadnienia. Pytania były, zainteresowanie było.
Nagle gdzieś w połowie trasy dopadła nas jakaś zagubiona nauczycielka (?), opiekunka (?). Do dziś nie wiem. No i się zaczęło: pani za długo mówi, ich to nie interesuje, oni się nudzą, pani skraca. Nie pójdziemy tu, nie pójdziemy tam, bo zasługo.
Ich to nie interesuje? Za długo? To ja się pytam, droga pani, dlaczego po ogłoszeniu czasu wolnego, ta nie zainteresowana, znudzona grupka dzieciaków podchodzi do mnie i mówi.
- Proszę pani, bo jeszcze mieliśmy odwiedzić inne miejsca…A pani miała być z nami trochę dłużej, prawda?
- Tak.
- A czy mogłaby nas tam pani zabrać, bo byśmy bardzo chcieli to zobaczyć.

Moi drodzy, jeżeli dzieciaki z własnej, nieprzymuszonej woli, poświęcają swój wolny czas i proszą mnie o to, żebyśmy zrealizowali program do końca, to ja wam mówię: pójdę tam z nimi, i opowiem im wszystko jak najpiękniej będę potrafiła. Bo taki jest obowiązek NAUCZYCIELA i WYCHOWAWCY. Bo każdy przewodnik, na czas oprowadzania młodzieży, staje się nauczycielem i wychowawcą.

Ktoś może mi zarzucić, że przecież nie wszystkie dzieciaki ze mną poszły, dokończyć trasę. No to proszę bardzo, narzekajmy dalej, że młodzież nie ma ambicji i dalej stawiajmy przed nimi coraz mniejsze wymagania.

Na koniec dodam, że tłumacz znikną z nauczycielkami i za tłumaczy robiły polskie dzieciaki.

niedziela, 19 maja 2013

Przewodnicka złośliwość

Jakiś czas temu opisywałam swoje pierwsze pilockie kroki. Jest to historia opowiadająca o tym, jak trafiłam do małej miejscowości, która okazała się tak zadrzewiona i „zakrzaczona”, że nie byłam w stanie się zorientować gdzie mam się kierować. Dla tych, którzy na bloga trafili po raz pierwszy, niżej umieszczam link:


Niedawno zadzwoniłam do koleżanki, prosząc ją o materiały, odnośnie miasta, do którego wybierałam się z grupą. Zresztą też po raz pierwszy. Na potrzeby tego tekstu nazwijmy go miastem „X”.

Oczywiście koleżanka zapewniła, że posiada odpowiednią skarbnice wiedzy i, że z chęcią mi ją udostępni. Na koniec dodała szczerząc się przez słuchawkę:

-Nie martw się, na pewno sobie poradzisz. W „X” jest bardzo mało drzew, a krzaków nie ma wcale. Poza tym znajduje się na wysokim wzgórzu, także trafisz bez problemu.

Ha, ha... Bardzo śmieszne...

wtorek, 7 maja 2013

Pamiątka z Lublina



Dla wielu osób wizyta w nowym, nieznanym dotychczas miejscu jest równoznaczna z zakupem pamiątek z tym miejscem związanych. Jako przewodnicy powinniśmy wiedzieć gdzie można zaopatrzyć turystę w takie rzeczy bez różnicy czy są to książki, pocztówki, zwykłe „kurzołapy” czy też gadżety z logo miasta. I my to wiemy, ale zainteresowania i potrzeby turystów potrafią być rozmaite.
Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy jeden z oprowadzanych przeze mnie turystów zagranicznych zapragnął przywieść sobie z Lublina jako pamiątkę … futrzany kołnierz. Ale gdzie tu taki „upolować” i to stosunkowo blisko Starego Miasta? Uporczywa gonitwa myśli, praca mózgu na najwyższych obrotach i pierwsze, co przychodzi do głowy to przysłowiowy „telefon do przyjaciela”, który mawia, że przewodnik to nie komandos i musi sobie poradzić. I nagle … uśmiech do własnych myśli …eureka!. Jest sklep a w nim wymarzony kołnierz z lisa idealnie pasujący do ciepłego wełnianego palta i futrzanej czapy turysty. Wracamy na Stare Miasto - ja z poczuciem wypełnienia misji specjalnej, a turysta z miną prawdziwego „zdobywcy”. Po drodze gawędzimy o tym jak istotne jest dobranie odpowiedniej garderoby do pory roku. Wnikliwie przyglądam się mojemu rozmówcy i próbuję odgadnąć, z jakiego kraju do nas przyjechał. Jak mówi zimy bywają u nich srogie, choć niezbyt długie. Europa Północna? - ale coś mi tu nie pasuje. A gdy na koniec naszej wspólnej wędrówki turysta żegna się ze mną wszystko staje się jasne. Prawie nie potrafię ukryć rozbawienia, gdy zaprasza mnie w gościnę do swojej ojczyzny, na jedną z niewielkich wysepek położonych na Morzu Śródziemnym. I jak tu nie wierzyć, że zmiana klimatu zachodzi tu i teraz na naszych oczach ;-).


wtorek, 30 kwietnia 2013

WDZIĘCZNOŚĆ TURYSTY



Choć praca przewodnika turystycznego nie zawsze jest lekka i przyjemna to jednak zdarzają się liczne momenty, dzięki którym przewodnik utwierdza się w tym, że lubi to co robi. Mogą to być ulotne chwile podczas zwiedzania, chwile pożegnań czy podziękowań za wspólnie spędzony czas i dzielenie się wiedzą. Czasami podziękowaniem jest ciepły uśmiech, przyjacielski uścisk dłoni, czasami drobny napiwek, a czasem … solidne pęto swojskiej kiełbasy, do tego kawałek domowego ciasta, czyli wiktuały podarowane turystom przez ich polskich krewnych na podróż powrotną za ocean. Niestety restrykcje wprowadzone przez linie lotnicze dotyczące przewozu wyżywienia zabraniają zabierania go ze sobą na pokład samolotu, a w rezultacie szczęśliwym właścicielem wałówki zostaje przewodnik. Wdzięczność turysty jest niewątpliwa, a wdzięczność obdarowanego przewodnika niekłamana, tym bardziej iż wiktuały są podzielne i mogą zostać rozdzielone na mniejsze części wśród równie mile zaskoczonych kolegów przewodników. Ja tym przewodnikiem byłam i kiełbasą z Przyjaciółmi się dzieliłam ;-).


piątek, 26 kwietnia 2013

Trudne pytania



Jak już kolega wcześniej pisał, przewodnik musi się często zmierzyć z pytaniami turystów. A pytania są różne: mądre, trudne, zaskakujące….

Jakiś czas temu, zadano mi pytanie, po którym dosłownie wryło mnie w ziemię. Oprowadzałam grupę obcokrajowców, po naszym pięknym cmentarzu przy ulicy Lipowej. Dodam, że to nasi sąsiedzi, czyli całkiem nieodlegli kulturowo. Nagle jedna z turystek rozglądając się dookoła, całkiem poważnie zapytała:
- Proszę pani, a gdzie tu pochowany jest Jezus Chrystus?

Jestem ciekawa, co byście odpowiedzieli ….I ile zajęłoby wam dojście do siebie, aby tą odpowiedź udzielić.

Mi to trochę czasu to zajęło. Tym bardziej, że cała grupa wpatrywała się we mnie z zaciekawieniem, czekając na odpowiedź.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Legenda o......

Tak się złożyło ostatnio, że w kilka osób - oczywiście chodzi o przewodników, byliśmy w jury konkursu dla przedszkolaków. Konkurs dotyczył wiedzy o Lublinie i znajomości legend lubelskich. Przedszkolaki z wielką pasją rozwiązywały zadania konkursowe, aż wreszcie musiały wymienić legendy miasta. Tytuły strzelały w powietrze, jak przysłowiowe korki od szampana i nagle... dziecko podnosi obrazek z legendą i stwierdza radośnie:
- "To jest legenda o niescęśliwym kamieniu!"
Spojrzeliśmy po sobie, bo takiej odpowiedzi nikt się nie spodziewał. Wtem jedna z koleżanek stwierdziła:
- "Skoro on taki nieszczęśliwy, to ja go będę go głaskała, za każdym razem kiedy o nim będę opowiadała, żeby nie czuł się nieszczęśliwy."
No cóż, ja chyba też to zacznę robić, jednak odstrasza mnie czasem mokra plama pozostawiona przez staromiejskie psy, które właśnie w tym miejscu podnoszą ochoczo nogę.